AKADEMICKI KLUB MORSKI w GDAŃSKU
AKADEMICKI KLUB MORSKI w GDAŃSKU
... od 1931 r.
Rejs na Alandy 2007 rok.
Jacht
Nazwa: s/y Jacek II
Klasa: NefrytRok produkcji: 1975
Pow. ¿agli pomiarowa: 19,5 m2
Silnik pomocniczy: przyczepny 4KM
D³ugoœæ ca³kowita: 7,25 m
SzerokoϾ: 2,50 m
WysokoϾ w kabinie: 1,35 m
Zanurzenie: 1,70 m (balast od Dufora 24)
Za³oga: 2-6 osób
Realcja
Zaczê³o siê od marzeñ i planów po niewykorzystanym sezonie roku 2006. Powoli w naszej trójce kie³kowa³a myœl o zorganizowaniu wiêkszego i d³u¿szego ba³tyckiego rejsu na dwóch klubowych nefrytach. Przygotowania zaczêliœmy jeszcze w zimie, szyj¹c ¿agle i naprawiaj¹c osprzêt w malutkim pomieszczeniu za³atwionym w akademiku Politechniki Gdañskiej. Zbieraliœmy informacje o portach i trasie. Szukaliœmy map. Potem nadesz³a pora wiosennych remontów, poszukiwanie przyczepnego silnika, zabawy z ubezpieczeniem jachtu na taki rejs. Niestety nie uda³o nam siê zrealizowaæ rejsu dwoma jachtami, za ma³o chêtnych. Wiêc, prawie ¿e na ostatni¹ chwilê podejmujemy decyzjê: p³yniemy tylko Jackiem, ja dowodzê na pierwszym etapie, a Kuba na drugim. Kuba na pocz¹tku towarzyszy Jackowi na drugim jachcie, „Placku”.
Wreszcie nadszed³ upragniony dzieñ. Stos jedzenia (co tylko mogliœmy kupowaliœmy w kraju tak ¿eby starczy³o na ca³y miesi¹c) i baga¿y piêtrzy siê przed jachtem, wygl¹da³o na to, ¿e nie pomieœcimy siê. Chocia¿ jacht znacznie usiad³ w wodê, wszystko uda³o siê zasztauowaæ i nawet zosta³o jeszcze trochê miejsca dla piêciu osób za³ogi.
Obieramy kurs bezpoœrednio na Liepajê, zapowiada siê jeden z najd³u¿szych przelotów. Choroba morska szybko daje o sobie znaæ, ma³y jacht jest rzucany na wszystkie strony przez nawet niedu¿¹ ba³tyck¹ falê. Wieje lekki wiatr, stanowczo za lekki, przez wiêksz¹ czêœæ przelotu mamy kursy ostre. Niedaleko celu udaje siê nam za³o¿yæ genuê, przezwan¹ ¿artobliwie Wunderwaffe. Mamy równie¿ drobn¹ awariê, pêka spaw przymasztowego okucia bomu, na razie dokonujemy prowizorycznej naprawy, mo¿e starczy do portu? Po ponad 2 dobach wp³ywamy do Liepaji, tam czeka na nas ju¿ za³oga Placka, przybyli chwilê przed nami. Szybki klar, prysznice zaskakuj¹ wysokim standardem i wyruszamy na miasto, najpierw do pó³nocnej czêœci miasta Karosty, trafiamy na wie¿ê nabie¿nika, z której rozpoœciera siê niesamowity widok na ogromny awanport sk¹pany w œwietle zachodz¹cego s³oñca. Wycieczkê do cerkwi odk³adamy na nastêpny dzieñ. W nocy œpiewanie szant i impreza ze spotkanymi za³ogami z polskich jachtów.
Od rana wyprawa do po³udniowej, nowej czêœci miasta, równie¿ drobne zakupy. Ja zostajê na jachcie i walczê z okuciem, nie by³o mo¿liwoœci pospawania okucia, wiêc trzeba coœ wykombinowaæ z tego co mamy na jachcie – ca³e szczêœcie trochê szpeja zawsze wozimy ze sob¹. Czêœæ osób próbuje znów dotrzeæ do cerkwi, niestety za daleko, ¿eby dotrzeæ na piechotê. PóŸnym popo³udniem ¿egnamy siê z Liepaj¹ i przemi³ym bosmanem. Teraz na Gotlandiê, do Farosund.
Tym razem wieje ³adnie, pó³wiatr odkrêcaj¹cy w baksztag, p³yniemy szybko. Z Plackiem trzymamy siê ci¹gle w zasiêgu wzroku, udaje siê nam nawet wejœæ praktycznie w tym samym momencie do portu. W Farosundzie niespodzianka odprawa graniczna przeprowadzona przy pomocy faksu. Wieczorem robimy ma³¹ imprezê, jest gitara i szanty. Szwedzi siê dziwi¹: taki ma³y jacht, tak daleko, tyle osób i jeszcze œpiewaj¹. Jeden nawet robi³ nam zdjêcia, byliœmy atrakcj¹ turystyczn¹. Nastêpnego dnia zwiedzamy miasteczko i okolice. Po po³udniu znów ruszamy w morze. Po wyjœciu z cieœniny rozstajemy siê z Plackiem, p³yn¹ na po³udnie do Visby, potem wracaj¹ do kraju.
My kierujemy siê na pó³noc, do ma³ego miasteczka Dalaro. Przelot mija szybko przy pe³nych wiatrach. A w nocy nag³a niespodzianka-solidna ulewa, jedyna w ci¹gu ca³ego miesi¹ca. Dop³ywamy do szkierów, przy nienajlepszej widocznoœci, pogoda zaczyna siê trochê psuæ, wiatr nasila siê powoli, ale systematycznie. A my szukamy bezpiecznego wejœcia w szkiery. W koñcu udaje siê i chowamy siê, tutaj wiatr bêdzie s³abszy i fala o wiele mniejsza, jednak¿e masa przeszkód nawigacyjnych i ska³ podwodnych. Zaczyna wiaæ 6°B prosto w dziób, a nasz Jacek nie chodzi za ostro do wiatru, zawdziêcza to nie tylko swojemu wiekowi czy nie najlepiej skrojonemu fokowi, ale przede wszystkim balastowi od innego typu jachtu. Po kilku godzinach halsowania poœród ska³, chowamy siê za ma³¹ wysepk¹ na kotwicy, na krótki odpoczynek. Nastêpnie szybki przelot do Dalaro. W miasteczku prawie nie ma wolnych miejsc postojowych dla jachtów, cudem wciskamy siê naszym maleñstwem miêdzy gigantyczne jachty zagraniczne. W samym miasteczku nie ma nic ciekawego, ale czysto i wszêdzie porz¹dek. Wieczorem udaje siê nam nawet za³apaæ na darmow¹ saunê.
D³ugo nie staliœmy, ruszyliœmy dalej, najpierw trzeba by³o siê wydostaæ na pe³ne morze, a póŸniej ju¿ prosto na Alandy, do naszego celu. Choæ mieliœmy dok³adne mapy, tu¿ przed wyjœciem na pe³ne morze, uderzamy w podwodn¹ nieoznaczon¹ na mapie ska³ê. Ca³e szczêœcie uderzenie nie by³o bardzo mocne, od razu sprawdzi³em szpilki balastowe. Konstrukcja jachtu oczywiœcie wytrzyma³a bez najmniejszego problemu. Ca³y przelot mamy bardzo s³abe wiatry, wleczemy siê mila za mil¹. Gdy byliœmy ju¿ niedaleko celu wiatr zacz¹³ siê wzmagaæ, a przez UKF-kê odebraliœmy ostrze¿enie przed sztormem. I faktycznie czarne chmury zaczê³y siê zbieraæ nad nami. Jakby tego ma³o by³o, ruch na podejœciu do Mariehamn jest du¿y, masa jachtów i co chwila du¿y prom. W jednym momencie naliczyliœmy jakieœ cztery p³yn¹ce prosto na nas. Ale zarówno sztorm jak i promy tylko postraszy³y. Klucz¹c miêdzy wysepkami, powoli zbli¿amy siê do Mariehamn. Po drodze uczymy siê jak czytaæ doœæ chaotycznie rozmieszczone znaki nawigacyjne. Stan rzeczywisty nie zgadza³ siê niestety z mapami, mapy niestety nie by³y najnowsze. Ale powoli i ostro¿nie nawiguj¹c uda³o nam siê dotrzeæ do stolicy archipelagu. Marina zapchana, inni te¿ uciekli przed brzydk¹ pogoda, która z opóŸnieniem ale nadesz³a. Znowu niespodzianka z odpraw¹ celn¹, tym razem przez telefon.
Mariehamn nas urzek³o, ka¿dy znalaz³ coœ dla siebie. Ja oczywiœcie zaliczy³em s³awny statek-muzeum „Pommern” oraz muzeum morskie, w mieœcie wszêdzie widaæ bliskoœæ morza. Dziewczyny znalaz³y imprezê, na której balowa³y do póŸna, chcia³oby siê rzec, ¿e do bia³ego rana, ale s³oñce ledwo zd¹¿y³o schowaæ siê za horyzontem po to by zaraz znowu wzejœæ. Nastêpnego dnia pogoda by³a bardzo nieciekawa, postanowiliœmy wiêc zostaæ na jeszcze jedn¹ noc.
Nastêpny dzieñ przywita³ ju¿ nas lepsz¹ pogod¹, od dziœ zaczynamy spokojn¹ w³óczêgê po archipelagu. Chcemy stan¹æ chocia¿ raz na kotwicy, co przy naszym zanurzeniu mo¿e nie byæ takie proste. Do wieczora p³yniemy w bli¿ej nieokreœlonym kierunku, gdy ju¿ powoli zaczê³o siê robiæ póŸno zaczynamy szukaæ miejsca do spokojnego zakotwiczenia. Przygotowaliœmy specjalnie do tego celu sondê, ze starej korby od kabestanu i liny z wêze³kami, które odpowiada³y g³êbokoœciom. W dobie GPS i echosond wygl¹da³o to jakbyœmy cofnêli siê w czasie. Po kilkunastu podejœciach uda³o siê znaleŸæ dogodne miejsce do zacumowania sposobem mazurskim, dziób do drzewa na l¹dzie i rufa na kotwicy. W sumie niesamowity widok jak na jednostkê balastow¹. Urz¹dziliœmy sobie w takiej scenerii grilla.
Takie kotwiczenie spodoba³o nam siê do tego stopnia, ¿e postanowiliœmy jeszcze jedn¹ noc przestaæ w ten sposób, oczywiœcie w innym miejscu. Dopiero popo³udniu wyp³ynêliœmy w poszukiwaniu nowego miejsca. Chcieliœmy tego dnia dop³yn¹æ do wyspy Kökar, i w jakiejœ zatoczce zakotwiczyæ na noc. Niestety póŸne wyp³yniêcie okaza³o siê b³êdem, gdy¿ do celu dop³ynêliœmy ju¿ jak siê œciemnia³o. Chocia¿ na Alandach s¹ bia³e noce, to jednak w s³abym wieczornym œwietle ciê¿ko szuka siê dogodnego miejsca do stania, jak jest jasno przeŸroczystoœæ wody w po³¹czeniu z rêczn¹ sond¹ bardzo u³atwiaj¹ to zadanie. Po kilku nieudanych próbach, decydujemy siê jednak na poblisk¹ marinê, do której jednak droga bêdzie oznaczona i o wiele bezpieczniejsza. Wychodz¹c z ostatniej z przeszukanych zatoczek, niestety znów nieoznaczona na mapie podwodna ska³a. Uderzenie doœæ mocne, ale konstrukcja naszego jachtu te¿. Królestwo za dobr¹ echosondê. Zanim zacumowaliœmy w przystani Sandvik zd¹¿y³o siê ju¿ œciemniæ na dobre. Dopiero rano mo¿emy w pe³ni oceniæ malownicze po³o¿enie mariny. Pomosty do wody schodz¹ wprost z du¿ej ska³y, która sprawia na pierwszy rzut oka wra¿enie, ¿e zosta³a stworzona z betonu przez ludzi. Ale to tylko wra¿enie, ska³a jest œwietn¹ naturaln¹ pochylni¹ do wodowania nawet sporych jednostek. Wymarzone miejsce na stoczniê, potwierdza to usytuowany na brzegu, tu¿ nad wod¹, stary kuter. Robimy wycieczkê do najbli¿szego sklepu. Do przejœcia wed³ug pani bosman mamy jakieœ 8 km, w rzeczywistoœci okazuje siê, ¿e o wiele mniej. Po czerwonych, od alandzkich ska³, drogach w miarê szybko docieramy do sklepu, jednoczeœnie podziwiaj¹c krajobrazy. Na wyspie bardzo nam siê podoba, wiêc na nastêpn¹ noc postanawiamy przestawiæ siê do pobliskiej przystani. Przed wyjœciem jeszcze tylko nurkujê pod jachtem i przeprowadzam dok³adn¹ inspekcjê balastu. Nigdy nie zaszkodzi ostro¿noœci. Tu¿ przed naszym wyp³yniêciem obok nas zacumowa³ polski jacht, pobyt w Sandvik trochê siê przed³u¿y³, jednak¿e trzymamy siê wczeœniejszego postanowienia i wyruszamy do pobliskiego Hellsö. Marina mieœci siê w takim mini fiordzie, doœæ d³uga zatoka z wysokimi, jak na alandzkie, brzegami.
Nastêpny dzieñ i szykujemy siê na po¿egnanie z archipelagiem. Najpierw p³yniemy do posterunku stra¿y granicznej na wyspie Kökar, a w niej pusto, nikogo nie ma, tylko tablica informuj¹ca, ¿e w przypadku, gdy na posterunku nikogo nie ma trzeba siê zg³osiæ do stra¿y granicznej w Mariehamn, telefonicznie lub przez UKF. Jednak¿e po chwili oczekiwania pogranicznicy wracaj¹ na stacjê z wodnego patrolu. Po bardzo mi³ej kontroli i krótkiej rozmowie ze stra¿nikiem wyruszamy dalej. Najpierw halsujemy siê pod s³aby wiatr, póŸniej wiatr powoli odkrêca, powoli ale systematycznie tak, ¿e wieczorem stawiamy ju¿ nawet genaker. Niestety równoczeœnie coraz bardziej przybiera na sile. Po trzech godzinach musimy ju¿ rezygnowaæ z genakera i stawiaæ foka. A wiatr dalej tê¿eje, powstaje coraz wiêksza fala, jachtem zaczyna coraz bardziej rzucaæ na boki, chwila nieuwagi na sterze i fala wywozi jacht. Zrzucamy wiêc grota i na samym foku mkniemy z wiatrem z niewiele mniejsz¹ prêdkoœci¹, a na pewno o wiele bezpieczniej. Nynashamn, nasz cel, od morza jest oddzielony szkierami, ale tutaj znajduje siê du¿y terminal promów, w tym przyp³ywaj¹cych z Polski, wiêc wejœcie jest porz¹dnie oznaczone. Niestety w szkierach mamy znów halsowanie siê pod doœæ silny wiatr. Jakby ma³o tego akurat wychodzi³ prom p³yn¹cy do Polski, ¿eby mu ust¹piæ drogi musieliœmy straciæ sporo z ciê¿ko zarobionej wysokoœci. A to oznacza³o kolejne minuty na wodzie, co nie by³o zbyt przyjemne dla zmarzniêtej i choruj¹cej na chorobê morsk¹ czêœci za³ogi. Gdy ju¿ dotarliœmy do mariny, zaczê³o si¹piæ z nieba, i jak na z³oœæ brak wolnych miejsc. Mi³a pani z obs³ugi mariny pozwala nam stan¹æ przy budowanym fragmencie nabrze¿a. Nie jest to zbyt wygodne, ale przynajmniej stoimy. Jak tylko zwolni siê gdzieœ miejsce to siê od razu przestawimy.
Nastêpny dzieñ to zwiedzanie miasta, drobne porz¹dki na „Jacku” oraz wyszukiwanie wolnego miejsca postojowego. Gdy tylko je znaleŸliœmy od razu siê przenieœliœmy. Sprawdziliœmy te¿ sposoby dojazdu do Sztokholmu.
Kolejny poranek powita³ nas ju¿ w autobusie jad¹cym do stolicy Szwecji. Miasto wywar³o na nas niesamowite wra¿enie. Du¿a starówka, wszechobecne kana³y, ratusz, w którym przyznawane s¹ nagrody Nobla. Na nabrze¿ach widaæ, ¿e nied³ugo przybêd¹ du¿e ¿aglowce uczestnicz¹ce w Tall Ship Race. Miasto po prostu urzeka, niestety tylko ceny ca³kowicie nie dla nas. Ale mimo wszystko ka¿dy znalaz³ muzeum warte odwiedzenia. Ja by³em w muzeum statku Vasa. Zbudowany podczas wojen polsko-szwedzkich mia³ zapewniæ zwyciêstwo flocie szwedzkiej. Jednak¿e by³a to jednostka prototypowa dla szwedzkich szkutników, pierwszy dwupok³adowiec. B³êdy w konstrukcji - niewystarczaj¹ce wybalastowanie statku – spowodowa³y, ¿e przy pierwszy podmuchu wiatru ¿aglowiec wywróci³ siê i zaton¹³. Po ok. 330 latach szwedzcy naukowcy odnaleŸli go i wydobyli z dna morza. Teraz jest jednym z najbardziej niesamowitych eksponatów muzealnych, rzuca na kolana i to na d³ugo. Nasze dziewczyny z kolei by³y w niesamowitym muzeum sztuki, a ch³opacy po prostu pokrêcili siê jeszcze po starówce. Wieczorem zmêczeni, ale pe³ni wra¿eñ wracamy na jacht.
W czwartek od rana porz¹dki, ko³o po³udnia promem przyp³ynie nowa za³oga, a wieczorem poprzednia odp³ynie do kraju. Funkcjê kapitana przejmuje ode mnie Kuba, ja zostajê I Oficerem. Dzieñ mija szybko podczas pracy, wieczorem z now¹ za³og¹ idziemy zwiedziæ Nynashamn.
Nastêpne dwa dni to wycieczki do Sztokholmu. Niestety Ewa siê trochê rozchorowa³a i tylko raz uda³o jej siê pojechaæ do stolicy. Oczywiœcie idziemy do muzeum statku Vasa, pomimo doœæ wysokiej ceny wchodzê jeszcze raz. Poza tym zwiedzamy starówkê, trafiamy do akwarium morskiego. Na nabrze¿ach t³umy ludzi, chyba pó³ Szwecji przyjecha³o zwiedzaæ wielkie ¿aglowce. Nie jesteœmy gorsi i te¿ wchodzimy na kilka jednostek. Wieczorem uderzamy jeszcze do weso³ego miasteczka Tivoli, z Kub¹ nie przepuszczamy ¿adnego roller-coastera czy innych podobnych atrakcji. Zdawa³oby siê, ¿e po czymœ takim choroba morska nam nie straszna. Jednak¿e pierwsze wyp³yniêcie po zmianie za³ogi szybko to weryfikuje. Martwa, popl¹tana fala wszystkim nam daje siê we znaki, nad horyzontem zbieraj¹ siê groŸne chmury, Kuba postanawia zawróciæ, nie ma co mêczyæ za³ogi i jachtu.
Do Visby wyruszamy niestety z jednodniowym opóŸnieniem, szkoda tak na samym pocz¹tku traciæ zapas czasu. Na pocz¹tku mamy znów s³abe wiatry, w nocy z kolei zaczyna coraz mocniej wiaæ, do portu wchodzimy ju¿ przy solidnej pi¹tce. Niestety teraz z kolei mnie chwyta przeziêbienie, nocna wachta strasznie siê d³u¿y³a. Po krótkim odpoczynku lecimy zwiedzaæ miasto. A jest co. Œredniowieczna czêœæ miasta jest niesamowita, ze wspaniale zachowanymi murami i basztami obronnymi. Zamieszkane domy z tamtego okresu mieszaj¹ siê z nowszymi domami, jednak¿e wszystko utrzymane w jednakowym stylu. Zwiedzamy równie¿ œredniowieczne koœcio³y, co jeden to wiêkszy, zachowane w ró¿nym stanie. Tylko do jednego nie mo¿na by³o wejœæ, gdy¿ by³ wartoœci¹ prywatn¹, do pozosta³ych mo¿na by³o wchodziæ i zwiedzaæ. Mogliœmy wspi¹æ siê na wy¿sze poziomy po w¹skich schodach schowanych w œcianach. Wszystkie miejsca, które nie zagra¿a³y bezpieczeñstwu by³y dostêpne. Ko³o po³udnia wracamy na jacht, szybki obiad i znów na miasto. Wieczorem idziemy jeszcze raz na miasto, zobaczyæ wspaniale podœwietlone koœcio³y i mury. Po powrocie na kei szantowanie ze spotkanymi za³ogami z polskich jachtów. Impreza przeci¹ga siê do póŸnej nocy. W zwi¹zku z silnymi wiatrami nad Bornholmem postanawiamy w Visby przeczekaæ jeszcze jeden dzieñ. Wiêc od rana znów ³azimy po brukowanych ulicach miasta. Niestety przeziêbienie wygrywa ze mn¹ i muszê wróciæ i zostaæ na jachcie. PóŸnym popo³udniem odbieramy coraz gorsze prognozy pogody, zaczynamy kombinowaæ co tu zrobiæ ¿eby nie przymurowa³o nas na Gotlandii. Tym bardziej, ¿e czasu mamy coraz mniej. Postanawiamy uciekaæ na wschód. Po szybkiej odprawie wyp³ywamy, chcemy Gotlandiê op³yn¹æ od pó³nocy i póŸniej wprost do Liepaji. Przelot zaj¹³ nam dwie doby, w bardzo zmiennych warunkach. Liepaja wita³a nas m¿awk¹ i zimnem. Z jachtu zrobiliœmy suszarniê, najpierw tylko w œrodku, póŸniej jak przesta³o padaæ równie¿ na zewn¹trz. Plan gry podobny jak poprzednio, czyli na wie¿ê nabie¿nika i próba dotarcia do cerkwi. W porcie postanawiamy siê suszyæ przez 2 dni, porz¹dnie odpocz¹æ. Mo¿e uda mi siê te¿ wykurowaæ z przeziêbienia, które nie zamierza odpuœciæ. Czasu nam powinno starczyæ, w koñcu z powodu pogody trasa uleg³a skróceniu.
Z Liepaji lecimy prosto na Hel. Niestety tym razem nie jest to takie proste. Neptun wystawia nasz¹ cierpliwoœæ na próbê i mêczy nas ciszami. I tak przez ponad 2 doby. W koñcu dop³ywamy, wracam do kraju po miesi¹cu, niewiele siê zmieni³o. Znowu powrót do polskiej rzeczywistoœci zaczyna siê od odprawy na któr¹ musimy czekaæ prawie godzinê, stoj¹c 15 metrów od posterunku. Ale jest i mi³e zaskoczenie, w koñcu w marinie helskiej ktoœ pomyœla³, i w op³acie portowej mamy wstêp do WC. Ale i tak jesteœmy daleko, daleko w tyle. Powinniœmy braæ przyk³ad z £otwy. Na helu armaty, piwko z wisienk¹ i rybka, oraz nieodzowny pub Morgan. Z helu do górek to ju¿ formalnoœæ, podczas przelotu zreszt¹ powoli pakujemy siê i klarujemy. Rejs dobiega koñca. Na kei przystani AKM-u d³ugo jeszcze porz¹dkujemy jacht po miesiêcznym rejsie. Nasz dzielny „Jacek 2” sprawdzi³ siê w pe³ni. A we mnie ju¿ kie³kuje myœl o rejsie za rok. Nefryt taki ma³y i po miesi¹cu mam go serdecznie doœæ, wiêc na pocz¹tku zarzekam siê, ¿e ju¿ tylko na wiêkszym. Ale po dniu ju¿ za Jackiem têskniê, wiêc mo¿e jednak gdzieœ dalej na pó³noc na nefrycie. Mo¿e Kemi i ko³o podbiegunowe. Po g³owie kr¹¿y nawet szalona myœl o d³ugich, ba³tyckich regatach ma³ych jachtów do Kemi.
Rejs trwa³ prawie miesi¹c, bez jednego dnia. Uczestniczy³o w nim 9 osób. £¹cznie, Jacek a ja z nim, przep³ynêliœmy 1115Mm podczas 308,5 godzin ¿eglugi, odwiedziliœmy £otwê, Szwecjê i Finlandiê, byliœmy w dziewiêciu ró¿nych portach.
Zdjêcia

Nasz ma³y, dzielny „Jacek 2”

Podejœcie do Liepaji. Pod genu¹ „Wunderwaffe”

W bezkresie morza.

Na pocz¹tku „Placek” nam towarzyszy³.

Cztery osoby w kokpicie i ju¿ bardzo ciasno.

W Farosundzie. Szantuj¹c na burtach jachtów byliœmy atrakcj¹ turystyczn¹.

Nasze jachty przy szwedzkich s¹ naprawdê ma³e.

Statek.

Krajobraz szkierów pod Sztokholmem.

Sondowanie przy pomocy korby i linki, jak za dawnych czasów na ¿aglowcach.


Cumowanie dziobem do ska³y a z rufy kotwica.

W œrodku te¿ ciasno. Nowoczesna nawigacja elektroniczna.

Urzekaj¹ca przystañ Sandvik na wyspie Kökar.

Najwê¿sza uliczka w Sztokholmie.

Visy by night.

W Liepaji jacht zamieni³ siê w suszarnie.

Ka¿dy znajdzie tylko malutki skrawek pok³adu dla siebie.

Przebyta trasa.
Akademicki Klub Morski w Gdańsku, adres korespondencyjny: ul. Stogi 18, 80-642, Gdańsk - Górki Zachodnie, NIP 584-02-54-136, e-mail:akm@akm.gda.pl







